sobota, 1 lutego 2014

Dzień jak co dzeń

       Stoję w białej sukience, w bardzo ciemnym pomieszczeniu. Nagle przed moimi oczami staję postać. Jest odwrócona do mnie tyłem. Przypomina mi kogoś znajomego. Postanawiam ją do gonić, lecz jest to bardzo trudne. Biegnę coraz szybciej, szybciej i szybciej... postać znika w białym pomieszczeniu, ja upadam na kolana i zaczynam płakać...
      Wstałam, ledwo, ale wstałam. Tydzień wyrzucili mnie z tego cholernego stażu, powiedzieli, że będę mogła wrócić za miesiąc, ale i tak uznaje to za dużą porażkę. Miałam wyznaczoną, a ja po prostu nie mogę po niej iść. Czemu nigdy nic nie może iść zgodnie z planem. Może najlepiej nic nie planować, nie będzie tego bólu z powodu kolejnej porażki. Ale koniec tego użalania się nad sobą. Pomimo tego że miałam strasznego i bardzo nie chciało mi się wstać, wstałam, bo musiałam iść na wykład. Weszłam do mojej malutkiej łazienki i spojrzałam na swoje odbicie w lustrze. Uznałam, że jestem brzydka, nawet pomyślałam przez chwilę, że może powinnam się zacząć malować i ubierać ładnie, modnie...ale później stwierdziłam, że nie umiem się malować i że nie mam gustu, więc sobie odpuściłam i zajęłam się myciem zębów. Trochę wstydziłam się tego jak wyglądam, ale nie mam do takich rzeczy siły. Po wyjściu z łazienki, poszłam do kuchni i zrobiłam sobie kanapkę z serem, ale bez masła. Nie cierpię masła. Przez głowę przeszła mi jedna myśl... nie głupia. Poszłam do piwnicy po mój stary łuk. Kiedyś trenowałam, ale miałam kontuzje i musiałam przestać. Nie robiłam tego ponad rok. Wzięłam łuk, kołczan wypełniony strzałami i wróciłam na górę. Założyłam kurtkę, trapery i czapkę. Wzięłam torbę z paroma książkami. Szybko zamknęłam drzwi i pobiegłam w stronę metra. Na szczęście się nie przewróciłam i ledwo zdążyłam wejść do metra. Oczywiście jak zwykle o tej porze był straszny tłok. Wszyscy dziwnie się na mnie patrzyli z tego powodu postanowiłam sprawdzić czy nie założyłam kurtki na lewą stronę, a dopiero później przypomniałam sobie, że mam ze sobą łuk. Nie będę wam opowiadać co działo się na uczelni, bo to nie jest zbytnio interesujące. Gdy wracałam do domu poszłam do parku. Nie żeby posiedzieć na ławce i popłakać, ale postrzelać z łuku. Było takie miejsce gdzie czasami rozstawione były tarcze. Miałam szczęście. Tym razem też stały. Zdjęłam rękawiczki, wyjęłam jedną strzałę z kołczanu i już miałam strzelić, gdy nagle zadzwonił telefon. Wyjęłam i spojrzałam na ekran. To była Emma. 
- Halo?
- Cześć Claire, jak tam ?- spytała.
- W porządku, ale czemu dzwonisz?
- No bo mam dla Ciebie propozycję pracy. Masowała byś kogoś prywatnie w domu. Chciałabyś?- mówiła, a moje ręce powoli zamarzały.
- No jasne, zawsze jakiś pieniądz.- odpowiedziała.- A wiesz chociaż gdzie i kiedy?
- Wiem, że jutro miałabyś czekać pod uczelnią i od razu po zajęciach weźmie Cię jakiś Bill. Chyba w jakiś czarnym Land Roverze. 
- Czy ty oszalałaś, będę obcemu facetowi wsiadać do samochodu.-krzyknęłam do słuchawki.
- Możesz mu zaufać.- powiedziała.- Nic ci się nie stanie.
- Dobra, niech zaryzykuje, ale jak mi się coś stanie to twoja wina. Kończę, bo mi ręce zamarzną.- jak powiedziałam tak zrobiła. Przy okazji wyłączyłam telefon, żeby więcej mi już nie przeszkadzał.
  Strzelałam jakieś pół godziny, aż zmarzłam. Gdy wróciłam do domu było jakieś dwadzieścia nieodebranych połączeń. To była moja mama. Oddzwoniłam, ale znowu chciała zeswatać mnie z jakimś gościem, więc ją bardzo kulturalnie spławiłam. Dzwoniła jeszcze Emma, żeby spytać czy nie pomogę jaj przy przygotowaniach do ślubu. Oczywiście zgodziłam się.
  Tak zakończył się kolejny dzień z mojego życia, nudny, brak szaleństwa. Tak bardzo i Cię brakuje ..... 
------------
Jest kolejny rozdział, krótki, ale na razie akcja się rozkręca. Dzięki za przeczytanie i czekam na komentarze. Jeśli chcesz być informowany o nowych rozdziałach napisz na moim twiterze @97_STV.
       

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Szablon by S1K